Nasze SICIENKO - wieści, komentarze, zdjęcia, informator gminny, ogłoszenia - Gmina Sicienko
Autor: zdziwiony

pogoda czasami słoneczna, a że mam kilka dni urlopu patrzę to tu to tam i oczom nie wierzę; jeden dzień, drugi i ho ho a może nawet więcej tych dni jak na szkole w Strzelewie lampa świeci całe dnie " boisko oświeca ". Jednego dnia dyrektorka przyjeżdża 8,55 drugiego 9,10 i tak jak zawsze co dnień to . . .
Ilość odwiedzin: 246810
Ilość wywołań: 459064
Stronę przegląda: 2 użytkowników
Strona powstała 18 lutego 2010, 2860 dni temu

[Animacja1]

Pani Małgosia ze Strzelewa

Pani Małgosia ze Strzelewa

Pierwszy raz Panią Małgorzatę Bruzdę spotkałam kilka lat temu, gdy zapisywałam się w Sicienku do biblioteki. I choć pamiętam ten dzień (bo jak mówi mój mąż jestem chora i pamiętam rzeczy, które normalni ludzie zapominają), nie byłam nawet trochę świadoma kogo spotykam. Nikt mi nie wspominał, że pani, która prowadzi bibliotekę, nie robi tego rutynowo – ot przepękać czas pracy i do domu. I zasadniczo ten stan wiedzy niewiele by się zmienił. Ale zaczęło się nieco dziać w Sicienku, ludzie zaczęli mówić o innych, o sobie, nagle informacji jest mnóstwo, tylko je łapać porządkować i przekazywać dalej. Otóż p. Małgosia to wielka społeczniczka, nie może usiedzieć w domu. To jednak mało, Ona chce powyciągać z domów wszystkie chętne do działalności społecznej osoby, bez względu na płeć czy wiek. Bowiem Pani Małgorzata założyła w swoim Strzelewie Stowarzyszenie Kobiet Aktywnych, których aktywność wyrazi się m.in. w postaci festynu rodzinnego przewidzianego na 5 czerwca właśnie w Strzelewie. Poza tym p. Małgosia działa w Gminnej Radzie Kobiet, która to rada spina działania wielu organizacji kobiecych na naszym terenie. Jakby tej aktywności było mało, nasza bohaterka śpiewa w zespole „Wrzos” i tworzy piękne kwiaty z bibuły oraz robi przeróżne drobiazgi na szydełku. I można by rozpisywać się o działaniach społecznych i artystycznych p. Małgosi bez końca, ale społeczniczek w naszej gminie trochę jest, natomiast osób tak zakochanych w książkach jak wspomniana Pani – chyba niewiele. Bo w swojej wielkiej miłości do książek jest pani Małgosia jedyna. Ostatnio otrzymałam od męża do przeczytania opowiadanie autorstwa p. Małgosi pt. „Moja najwierniejsza przyjaciółka to książka”. I muszę się przyznać, że jest to najpiękniejsza rzecz jaką ostatnio czytałam. A w porównaniu były takie pozycje jak „Chata Wuja Toma”,  „O psie, który jeździł koleją”, bo to czytałam chłopcom, oraz  „Słownik etnograficzny”, choć ta ostatnia pozycja to straszne nudy – nie polecam. Ponieważ opowiadanie jest piękne, umieszczam je (za zgodą autorki) na tej stronie, aby więcej osób poczuło świat osoby, która trochę żyje w świecie rzeczywistym, a trochę w świecie wyczarowanym przez książkę. Tylko dodam, że ja też czytałam przed maturą „Przeminęło z wiatrem”. I jakby nie to, że płaczę przy bardziej wzruszających jej fragmentach, nigdy by się matematyczka nie zorientowała co trzymam w czasie lekcji na kolanach. Pozostawiam teraz czytelników w świecie widzianym oczyma Pani Małgosi (ja płakałam w dwóch miejscach).
                                                                                 Izabela Chudzyńska


Kilka prac Pani Małgosi
(aby powiększyć zdjęcie kliknij na nie)


Oto treść tego opowiadania:

  „Moja najwierniejsza przyjaciółka to książka”

   Moje pierwsze spotkanie z książką, które pamiętam - rozpoczęło się ponad pół wieku temu i trwa nieprzerwanie do dnia dzisiejszego. Jako pięcioletnie dziecko pamiętam wieczory przy lampie naftowej, gdzie wokół stołu zasiadaliśmy całą rodziną tzn. ja, mój młodszy o rok brat i rodzice. Matka przy jednym końcu stołu z robótką w ręku oraz ojciec z książką. Był to codzienny rytuał czytania dla nas dzieciaków naszej ulubionej książki –„Bajarka opowiada” - do dzisiaj pozostał mi sentyment do siwej pani w chustce siedzącej pod jarzębinowym  drzewem, a wokół niej zasłuchane dzieci. Wychowaliśmy się na tych bajkach, znałam ich treść na pamięć, lecz z niecierpliwością czekałam wieczora kiedy ojciec zapali lampę (był to koniec lat pięćdziesiątych i nie było u nas jeszcze elektryczności) i zacznie czytać bajki, jedną dla brata, a drugą dla mnie - były oczywiście spory bo ja chciałam zawsze pierwsza wybierać i zazwyczaj był to „Kopciuszek – barani kożuszek”, a brat zawsze chciał –„Pana Twardowskiego”. Po przeczytaniu, kładliśmy się spać, a ojciec nadal czytał głośno dla mamy i siebie. Ja ukradkiem z pod pierzyny przysłuchiwałam się losom małej lapońskiej dziewczynki imieniem Neitach, o której to ojciec czytał mamie. Widziałam w oczach mojej mamy łzy, bo przeżywała wraz z bohaterką jej losy. Potem była opowieść o cygance Azie z Chaty za Wsią i cała historia Polski w powieściach Kraszewskiego. Były to trudne lata, a książka w moim domu była zawsze. Ojciec bardzo lubił czytać i my jako dzieci byliśmy przyzwyczajeni do codziennego obcowania z książką. Bardzo częstym upominkiem na święta dla nas dzieci były bogato ilustrowane zbiory baśni, czy w późniejszym wieku wymarzone książki. W latach sześćdziesiątych poszłam do szkoły i wtedy z książką zaprzyjaźniłam się na dobre. W szkole była biblioteka, mogłam sobie wypożyczać i sama czytać. Moją największa radością w dzieciństwie była książka. Do dziś pamiętam „Dzieci z leszczynowej górki” i zbiór wierszy Marii Konopnickiej- „Co słonko widziało”. Książkę tę mam do dzisiaj i wiele razy czytałam ją moim córkom, a teraz wnukowi. Jako dziecko przeżywałam przygody Sierotki Marysi i jej zagubionych gąsek.
Gdy byłam w siódmej klasie, na mojej ulicy została otwarta filia biblioteki miejskiej, wtedy to było wielkie święto. Jednym z pierwszych czytelników był mój ojciec i ja. On to wyczytał w gazecie o uroczystym otwarciu nowo powstałej w przepięknym pawilonie bibliotece. Odświętnie ubrani, godzinę naprzód ustawiliśmy się przed drzwiami i czekaliśmy. Było przecięcie wstęgi, przemowy i wreszcie wpuszczono przyszłych czytelników. Pachniało farbą i książkami, które stały na półkach obłożone w jednakowy szary papier. Dla mnie jednak najważniejsze było to, że było ich bardzo dużo i można samemu wybierać na półkach. Pamiętam że stałam i nie wiedziałam na co się zdecydować. W wyborze pomogła mi pani bibliotekarka – zaproponowała  „Anię z Zielonego Wzgórza”. Następnego tygodnia nie mogłam się doczekać aby pójść i przynieść dalsze przygody Ani oraz jej przyjaciółek. Byłam bardzo częstym gościem tego przybytku kultury. Przeczytałam bardzo dużo książek z których czerpałam wzorce najpierw jako dziecko, potem jako nastolatka. Wolny czas spędzałam w bibliotece, pomagałam wspaniałej bibliotekarce - pani Annie przy obkładaniu książek, układaniu na półkach, brałam udział w różnych konkursach czytelniczych. Przeczytałam wtedy bardzo dużo książek o tematyce młodzieżowej - pamiętam jak książki Krystyny Siesickiej pani Ania odkładała dla młodych czytelniczek. Hitem było
„Jezioro osobliwości” oraz  „Zapałka na zakręcie”. Po cichu marzyłam o pracy w bibliotece. Jednak moje losy potoczyły się inaczej. Po skończeniu Szkoły Podstawowej wyjechałam z rodzinnego miasta do szkoły z internatem. Było to Technikum Rolnicze w Wymyślinie, w powiecie lipnowskim. Mieszkałam w internacie, za murem był klasztor bernardynów z dużą biblioteką wyposażoną w bogaty zbiór literatury kościelnej. Był to początek lat siedemdziesiątych, zmiana władzy i wiele zakazów. Internat mieścił się w budynku poklasztornym, miał zamykaną bramę, obowiązywał też zakaz opuszczania terenu. Jednak to co zakazane zawsze najlepiej „smakuje” i tak, dla nas młodych dziewcząt nie było przeszkody, aby przez piwnicę przejść i znaleźć się na krużganku klasztornym a stamtąd w kościele na rannej mszy. Po mszy rozmawiałyśmy z zakonnikami, którzy szli na pole lub do budynków inwentarskich. Oni nam udostępniali swoje biblioteczne zbiory, wymienialiśmy się książkami. Wtedy to pierwszy raz przeczytałam zakazaną przez kościół książkę pt. „Szerszeń” - L.E.Voynich i jeszcze wiele innych nie osiągalnych pozycji. My natomiast dostarczaliśmy im kryminałów, których oni nie mogli legalnie czytać. Cały ten pobyt w internacie to nieustanna moja przyjaźń z książką - zawodową i literaturą piękną, skrycie czytaną przy świetle latarki pod kołdrą. Wieczorem od godziny dwudziestej drugiej w internacie nie wolno było palić światła, a wtedy najlepiej się czytało i nikt nie przeszkadzał. Przed maturą uczyłyśmy się w borku - na bardzo starym cmentarzu - przepięknie kwitły kasztany, pachniały bzy, a my siadywałyśmy na bardzo starych pomnikach, z książkami do nauki. Jednak ja w swojej chowałam „Przeminęło z wiatrem”- książkę Margaret Mitchell i razem ze Scarlett O’Harą przeżywałam namiętną, kończącą się tragicznie miłość do Retta Butlera.
Po maturze powróciłam do rodzinnego miasta i do swojej biblioteki, gdzie spędzałam długie godziny na czytaniu. W tym samym czasie kontynuowałam naukę w szkole pomaturalnej w systemie zaocznym oraz pracowałam w gospodarce materiałowej, gdzie od jedenastej nie było „żywego ducha”, a ja musiałam dyżurować do piętnastej. Uczyłam się i namiętnie czytałam książki, które oczywiście wypożyczałam z pod lady u mojej zaprzyjaźnionej wtedy już wspaniałej pani Anny. Pod koniec lat siedemdziesiątych wyszłam za mąż. Zaszłam w ciążę i złamałam nogę, znowu miałam czas na czytanie książek, które to podsyłała mi pani Ania.  Po urodzeniu mojej pierwszej córki nadal korzystałam z biblioteki, wypożyczałam różne poradniki na temat pielęgnacji i żywienia niemowląt. Był to rok 1978 i o takie książki było trudno, lecz moja bibliotekarka zawsze dla mnie miała coś schowane. Po prawie roku od urodzenia się mojej córki, mój mąż zachorował i dużo czasu spędzał w szpitalu, moja samotność spowodowała, że znalazłam ukojenie swoich problemów czytając wieczorami książki – był to powrót do klasyki polskiej. Zaczytywałam się wtedy w Sienkiewiczu i Prusie, przeczytałam wszystkie powieści Marii Rodziewiczówny.
W 1980 roku przeprowadziliśmy się całą moją rodziną do małej miejscowości pod Bydgoszczą , była to przeprowadzka spowodowana zmianą pracy, a najważniejsze to że, dostaliśmy własne mieszkanie. Radość była ogromna, mieszkanie własne, na wsi - ja pracowałam w ogrodnictwie byłam magazynierem, znowu miałam czas na czytanie książek, i  zawsze w biurku miałam coś do czytania. Jedynym mankamentem na początku było to, że nie miałam mojej biblioteki, a w niej pani Ani. Po zapoznaniu się i zaaklimatyzowaniu w tym wiejskim środowisku zorientowałam się, że w naszej miejscowości jest Dom Rolnika i odległa o sześć kilometrów filia biblioteczna, która poszukiwała osoby chętnej do prowadzenia punktu bibliotecznego w Domu Rolnika w mojej miejscowości. Po przedyskutowaniu tego tematu z mężem podjęłam się prowadzenia tego punktu społecznie. Była to szafa stojąca w wiejskiej świetlicy, a w niej około 150 książek i paru czytelników - głównie dzieci wypożyczających lektury szkolne, które na zamówienie przywoziła p. Kazia z filii biblioteki gminnej. Moja radość z tej pracy była ogromna, miałam wreszcie namiastkę tego o czym marzyłam w młodości. Wzorem mojej pani Ani, z okazji wtedy jeszcze obchodzonego święta „Dni Oświaty Ksiązki i Prasy” -organizowałam konkursy czytelnicze, kiermasze książek, propagowałam czytelnictwo, zachęcając dzieci i przychodzącą młodzież do czytania książek, a co najważniejsze miałam kontakt z nowościami. Książki były wtedy dość tanie, ale nie dostępne dla każdego. Co lepsze słowniki czy encyklopedie dostawało się po znajomości. W tym czasie uzupełniłam sobie księgozbiór domowy we wszystkie potrzebne z literatury i języka polskiego pozycje. Zaprzyjaźniłam się z Panią Kazią, która miała znajomości w naszej gminie i ona wprowadziła mnie do świata gminnej polityki, powoli stałam się osobą publiczną, pracowałam we wszystkich możliwych komisjach wyborczych, brałam udział we wszystkich zebraniach, zaangażowałam się w życie kulturalne mojej wsi. Nadal bardzo dużo czytałam, urodziłam drugą córkę. Mój mąż był na rencie - jego choroba okazała się niewyleczalna - chorował na Stwardnienie Rozsiane i wychowywał nasze córki. Pani z Domu Rolnika poszła na emeryturę a ja zaczęłam pracować jako kierownik Wiejskiego Domu Kultury i podnosiłam swoje kwalifikacje na różnych kursach i szkoleniach. Skończyłam czterdzieści lat i po raz trzeci zaszłam w ciążę, znów miałam więcej czasu na czytanie. Zafascynowana byłam wychodzącą co dwa tygodnie „Sagą o Ludziach Lodu”. Interesowały mnie losy ludzi o żółtych oczach i ich tajemnej mocy. Doczytałam chyba do trzydziestego tomu, potem koleżanki nastraszyły mnie, że urodzę dziecko z żółtymi oczami. Urodziłam zdrową, śliczną córkę. Po urlopie macierzyńskim wróciłam do pracy i dokończyłam czytanie sagi. Dziećmi zajmował się mój mąż. Punkt biblioteczny prowadziłam na szeroką skalę, miałam coraz więcej czytelników. Z książek korzystałam bardzo dużo - biorąc przykłady i organizując różne imprezy. Tak przepracowałam 10 lat i zaczął się kryzys finansowy w kulturze, zaczęto zamykać placówki w naszej gminie. Wójt zaproponował mi pracę na pół etatu w „moim” Domu Kultury i drugie pół etatu w Gminnej Bibliotece Publicznej oddalonej od mojej miejscowości sześć kilometrów. Zgodziłam się, jeździłam do pracy rowerem a zimą dwoma autobusami z przesiadką. Byłam bardzo szczęśliwa, że spełniło się moje marzenie. Po dwóch latach przeszłam na cały etat kierownika Gminnej Biblioteki Publicznej. Jednocześnie doskonaliłam się na kursach bibliotecznych w Jarocinie. „Moja” biblioteka tętniła życiem kulturalnym, miałam bardzo dużo czytelników, organizowałam różne uroczystości środowiskowe, spotkania autorskie, wieczory literackie, działało kółko teatralne wystawiające bajki i przedstawienia okolicznościowe. Jako pierwsza „moja” biblioteka wyposażona została w  komputery oraz kawiarenkę internetową. Byłam założycielką pierwszego w naszej gminie stowarzyszenia kobiecego działającego przy bibliotece. A najważniejsza dla mnie była zawsze „Moja przyjaciółka książka” – wszędzie gdzie było możliwe pozyskiwałam środki na zakup nowych książek. Propagowałam czytelnictwo wśród najmłodszych - zostałam liderką akcji „Cała Polska Czyta Dzieciom”. Wspólnie z samorządem gminnym obchodziliśmy 55 lat istnienia tej biblioteki, dostałam nagrodę Wójta za działalność na rzecz kultury w naszej gminie. W bibliotece zaczęły pojawiać się książki na płytach, które budziły zainteresowanie szczególnie ludzi młodych. Ja natomiast pozostałam wierna mojej przyjaciółce, którą można wziąć do ręki, pojechać z nią wszędzie bez dodatkowych nowoczesnych sprzętów.
Od dwóch lat jestem na emeryturze, nadal czytam bardzo dużo, nie ma wieczoru, abym nie przeczytała  kilku rozdziałów zawsze interesującej książki. Czasami sobie myślę, że los na mojej drodze postawił wspaniałą bibliotekarkę jaką była pani Anna i to może dzięki niej spełniło się moje marzenie z młodości. A może to zasługa mojego ojca, który w dzieciństwie umożliwił tak duży kontakt z książkami i obcowanie z nimi na co dzień. Jestem bardzo szczęśliwa, że moja córka którą urodziłam tuż po czterdziestce, czyta bardzo dużo, uczy się bardzo dobrze i jest z książką zawsze. Pisze teksty literackie oraz marzy o dalszej nauce w kierunku humanistycznym. Może wpłynęły na to geny, a może to ,że też od dzieciństwa wychowywała się przy bibliotece. I również ma wiele przyjaciółek, jakimi są książki, a Sagę o Ludziach Lodu przeczytała w wieku 14 lat i żałuje, że nie urodziła się z żółtymi oczami.
Ja nadal jestem osobą, która ciągle podejmuje nowe zadania i pracuje aktywnie dla środowiska. Śpiewam w zespole wokalno-kabaretowym „Wrzos”- działającym w strukturach Gminnej Rady Kobiet. Zajęłam się bibułkarstwem, w wolnych chwilach wykonuję różne kwiaty, moje umiejętności przekazuję innym. Nadal czytam bardzo dużo i w książce, mojej wiernej przyjaciółce znajduję odskocznię od codziennych problemów.
                                                                                   Małgorzata Bruzda